wtorek, 8 grudnia 2015

Śmierć Chingersom

Młodzi ludzie, których ominęło harcerstwo, podchody itp. rozrywki znajdują inne sposoby zaspokojenia żądzy przygód.

Wieczorami i nocą kilkuosobowe grupy ochotników z Młodzieży Wszechpolskiej strzegą kościoła św. Wojciecha w Krakowie. Warty zorganizowano po informacjach od księdza, że grupa satanistów planuje wykraść ze świątyni Najświętszy Sakrament.


Prawie jak nocne warty na obozie, tylko w Krakowie nie można podziwiać gwiazd i powietrze jakoś inaczej pachnie.

Dlaczego ulicami Krakowa krąży nowy patrol nocnej straży?


W ubiegłą niedzielę nasz zaprzyjaźniony ksiądz dowiedział się, że ta sama grupa, która dokonała profanacji pod Legnicą, przymierza się do dokonania takiego samego czynu w kościele św. Wojciecha w Krakowie. Nie mogliśmy nie zareagować, postanowiliśmy podjąć kroki, by temu zapobiec - deklaruje mężczyzna.

Ksiądz co prawda wiedzę operacyjną uzyskał podczas spowiedzi, ale jak na duchownego zobowiązanego do zachowania tajemnicy przystało, nie wyjawił, kim był jego informator


Brzmi  znajomo, to już kolejna notka w której pojawi się "Bill,  Bohater Galaktyki" Harry'ego Harrisona (przekład Arkadiusz Nakoniecznik). 


   Drżącą dłonią przekręcił stojącą na biurku wizytówkę na drugą stronę. Pojawiło się wypisane wielkimi literami słowo KAPELAN. Następnie chwycił za swój kołnierzyk i przekręcił go o sto osiemdziesiąt stopni na wszytych w stójkę koszuli miniaturowych łożyskach kulkowych. Kołnierzyk znalazł się z tyłu, z przodu zaś zajaśniała nieskazitelna biel sztywnego paska, kojarzącego się nieomylnie z profesją duchownego. 

   Kapelan splótł dłonie, opuścił oczy i uśmiechnął się łagodnie. 

   - Czym mogę ci służyć, synu? 

    - Myślałem, że jest pan oficerem pralniczym... - wystękał zdumiony Bill. 

   - Bo jestem, mój synu, ale to tylko jeden z ciężarów, jakie muszę dźwigać na mych barkach. W tych trudnych czasach niewielkie jest zapotrzebowanie na kapelanów, natomiast olbrzymie na oficerów pralniczych. Służę, jak mogę. - Schylił pokornie głowę: 



* * *

   - Hm, to nie takie proste. Może to tylko głupie podejrzenie z mojej strony, ale martwię się o jednego z kolegów. Coś z nim nie tak. Nie wiem, jak to powiedzieć... 


   - Miej ufność, mój synu. Wyzbyj się ze swego serca obaw i wyjaw mi nawet najskrytsze uczucia. Nic, co powiesz, nie wyjdzie poza te ściany, bowiem zobowiązany jestem do milczenia przysięgą mego powołania. Mów, co ci leży na sercu. 

* * * 

Byłem z nim na stanowisku ogniowym i on wycelował zegarek, nacisnął guziczek, i usłyszałem takie ."klik". To mógł być aparat fotograficzny. Ja... ja myślę, że on jest szpiegiem Chingersów! - Spocony jak mysz Bill opadł na krzesło i ciężko łapał powietrze. Fatalne słowa zostały wypowiedziane. 


* * * 
   - A co z tym moim kolegą-szpiegiem? 

   - Zapomnij o swoich podejrzeniach, niegodne są one bowiem wyznawcy Zoroastra. Ten nieszczęśnik nie może być szykanowany tylko dlatego, że zgodnie ze swą naturą odnosi się przyjaźnie do wszystkich, z którymi się styka, że pomaga swym towarzyszom, że nie bierze udziału we wszeteczeństwach, że ma stary zegarek, który głośno chodzi. A poza tym, jeżeli nie masz nic przeciwko wprowadzeniu do naszej rozmowy elementów logiki, to jak on w ogóle może być szpiegiem? Żeby być szpiegiem, musi być Chingersem, a Chingersi mają siedem stóp wzrostu i ogon. Kapujesz? 

   - Tak, tak... - mruknął nie do końca przekonany Bill. - Sam na bo wpadłem, ale to jeszcze nie wyjaśnia wszystkiego... 


   - Mnie to wystarcza i tobie też musi. Zdaje się, że twoją duszą zawładnął Aryman, który każe ci źle myśleć o twoich przyjaciołach, toteż lepiej odpraw prędko pokutę i Przyłącz się do mnie w krótkiej modlitwie, bo zaraz wraca oficer pralniczy. 


* * *

Po chwili rytuał był już zakończony i Bill pomógł powkładać wszystko do pudełka, które zaraz zniknęło w biurku, po czym pożegnał się i skierował do drzwi. 

   - Jeszcze chwileczkę, mój synu - poprosił kapelan z najserdeczniejszym ze swych uśmiechów. Jednocześnie gwałtownym ruchem przekręcił z powrotem kołnierzyk, po czym uśmiech znikł, jak wymazany gąbką, a na jego miejscu pojawił się złowieszczy grymas. 

   - Dokąd to, łachudro? Sadzaj dupę na tym krześle, ale już! 

   - A... ale... - wyjąkał Bill - pan powiedział, że już mogę iść... 

   - To powiedział kapelan, a jako oficer pralniczy nie mam z nim nic wspólnego. A teraz szybko, nazwisko tęgo szpiega, którego ukrywasz! 

   - Przecież kapelan jest pod Przysięgą... 

   - I jej dotrzymuję, bo nie pisnął nawet słówka, tyle że ja przypadkiem to usłyszałem. - Nacisnął czerwony guzik na pulpicie. - Za chwilę będą tu żandarmi. Gadaj szybko, śmierdzielu, bo jak nie, to przeciągnę cię bez skafandra pod kilem, a potem na rok zabronię wstępu do kantyny. Nazwisko! 

   - Gorliwy Jasio - wychlipał Bill. Na korytarzu zadudniły ciężkie kroki i do pokoju wpadło dwóch żandarmów. 

   - Mam dla was szpiega, chłopcy - oznajmił triumfującym ton oficer pralniczy. Żandarmi obnażyli zęby, zawyli radośnie i rzucili się na Billa, który runął pod gradem zadawanych pałkami oraz pięściami ciosów i krwawił już obficie, zanim oficerowi pralniczemu udało się odciągnąć dwóch nadmiernie umięśnionych kretynów, którzy i tak nawet na chwilę nie przestawali łakomie spoglądać na Billa. 

   - To nie ten - wyjaśnił oficer i rzucił Billowi ręcznik, żeby wytarł sobie krew z twarzy. - To nasz informator, lojalny patriota, bohater, który zdradził swego przyjaciela, niejakiego Gorliwego Jasia, po którego teraz pójdziemy, skujemy go i przesłuchamy. W drogę. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz