poniedziałek, 30 października 2017

Bartoszewski, Bohater Galaktyki.

Lubię czytać SF, bo resztę życia spędzę w przyszłości, ale dlaczego ta przyszłość rzeczywistość jest taka durna?

W latrynie dłuższą chwile zajęło mu odnalezienie kawałka względnie czystego lustra, wszystkie bowiem pokryte były inspirującymi napisami w rodzaju: GĘBA NA KŁÓDKI - CHINGERSI PODSŁUCHUJĄ, albo JAK BĘDZIESZ GADAŁ, CZŁOWIEK W LUSTRZE UMRZE, aż wreszcie wsadził wtyczkę do kontaktu obok CZY CHCESZ, ŻEBY TWOJA SIOSTRA WYSZŁA ZA CHINGERSA? i przyjrzał się swemu odbiciu w środku litery O. Popatrzyły na niego przekrwione, podkrążone oczy. Ponad minutę jeździł już bzyczącą maszynką po swoich zapadniętych policzkach, zanim znaczenie pytania dotarło do jego otępiałego ze zmęczenia mózgu.

   - Przecież ja nie mam siostry - parsknął zirytowany - a poza tym, dlaczego niby miałaby wychodzić za mąż za jaszczurkę?

   Było to tylko pytanie retoryczne, a jednak z przeciwległego końca pomieszczenia, a dokładniej z ostatniego sedesu w drugim rzędzie, nadeszła niespodziewana odpowiedź.

   - To nie ma oznaczać dokładnie tego, co znaczy, tylko czytając to, masz jeszcze bardziej nienawidzieć nieprzyjaciela.
   ...
   - Skoro tylko o to chodzi, to czemu po prostu nie napiszą: "Masz jeszcze bardziej nienawidzieć nieprzyjaciela"? - zdziwił się Bill. Wskazał kciukiem na przeciwległą ścian, na której przyklejono plakat zaopatrzony w podpis POZNAJ SWOJEGO WROGA. Przedstawiał on naturalnych rozmiarów wizerunek Chingersa, jaszczurkowatej istoty o siedmiu stopach wzrostu, przypominającej nieco czterorękiego kangura z głową aligatora.
 

   - Zresztą, czyja siostra chciałaby wyjść za coś takiego? I co coś takiego miałoby po ślubie zrobić z tą siostrą? Zjeść ją chyba, czy jak?
 

   Jasio skończył właśnie jeden but i wziął się za następny. Zmarszczył brwi dla okazania, jak skomplikowane proces myślowe zachodzą w jego czaszce, po czym odpowiedział:

   - Eee... widzisz, to nie chodzi o prawdziwą siostrę. To tylko taki chwyt propagandowy. Musimy wygrać tę wojnę. Żeby wygrać tę wojnę, musimy walczyć jak diabli. Żeby walczyć jak diabli musimy mieć dobrych żołnierzy. Dobrzy żołnierze muszą nienawidzieć nieprzyjaciela. I tak to idzie...

Harry Harrison "Bill, Bohater Galaktyki"
przekład : Arkadiusz Nakoniecznik










Jak ktoś nie wierzy to tu źródło

wtorek, 19 września 2017

Z nożem na strzelaninę

Nasze, tak zwane, elity zachowują się tak, że na myśl o kolejnej manifestacji  w obronie sądów czuję zażenowanie.  Szanowne grono profesorów i doktorów, czy to prawa czy inny dziedzin nie ma pojęcia jak zachować wobec aparatczyka TVPiS walącego cepem propagandy czy chamskiego posła/posłanki.  No i kończą jak kolesie z nożami na strzelaninie.  Rozumiem, że system edukacji słabo do tego przygotowuje, ale przecież macie kasę (opozycjo - partyjną) i możecie sobie zafundować trening z jakimiś specami.  W Polsce tylko liderzy przed debatami TV ćwiczą z dziennikarzami lub psychologami.  Nie wiem jak to się robi w USA czy UK, choć na pewno są grube książki analizujące kampanie, ale zejdźmy wiele szczebli niżej. 

Pamiętałem, że podczas własnego szkolenia snajperskiego miałem takich instruktorów, którzy potrafili uczyć, i takich, którzy tego nie umieli. Postanowiłem, że ja będę jednym z tych, którzy potrafią, dlatego przeszedłem czterotygodniowy kurs na instruktora organizowany przy Thirty-Second Street nad Zatoką San Diego. Żadne pochwały nie oddadzą należytej sprawiedliwości temu szkoleniu. Doświadczenie tych paru tygodni ogromnie wpłynęło na wszystkie moje późniejsze publiczne wystąpienia i sposób, w jaki uczyłem. Kazano nam stawać przed całą grupą i filmowano prowadzone przez nas wykłady, po czym odtwarzano nam te nagrania. Nic nie może się równać z doświadczeniem, jakim jest obserwowanie samego siebie jako wykładowcy. Każdy z nas po kolei siadał i wgapiał się w ekran, wsłuchując się w swoje „yyy”, „eee” i „jak by to powiedzieć”, powtarzane dziesięć, dwanaście, piętnaście razy na minutę. To było straszne. Jeśli nigdy czegoś takiego nie robiliście, bardzo wam to polecam – a jeśli ktoś z was ma zamiar uczyć innych albo zajmować jakiekolwiek kierownicze stanowisko, to koniecznie musi zrobić sobie takie nagranie i je później obejrzeć. Niektórzy patrzyli z przerażeniem, jak w środku zdania zaczynają przeklinać, jak mówią rzeczy, o których mogliby przysiąc, że nigdy ich nie powiedzieli – dopóki nie dostali twardego dowodu. Doznaliśmy prawdziwego wstrząsu. To było żenujące doświadczenie – albo byłoby, gdyby instruktorzy na tym poprzestali i ciągle nam to wypominali. Ale oni mieli zadanie do wykonania – więc poszli dalej. Policzyli wszystkie „yyy”, „eee” i inne takie, wszystkie „kurwa”, „w dupę” i „cholera”, po czym kazali nam powtórzyć ćwiczenie. Potrafili wyperswadować nam wszystkie nasze tiki werbalne. Nauczyli nas, jak mamy realizować program nauczania, jak zorganizować nauczaną grupę, jak oceniać postępy poszczególnych kursantów i pozytywnie wspomagać słabszych, by doganiali resztę grupy. Uczyli nas, że nie ma nic złego w tym, by na chwilę przerwać wykład i zebrać myśli, nie wypełniając chwil ciszy żadnymi „eee”. Uczyli, jak uzyskiwać odpowiedzi od kursantów bez zasypywania ich gradem pytań czy wiercenia im dziury w brzuchu do tego stopnia, że będą się czuli zażenowani lub skrępowani; jak zachęcać ich samych do stawiania pytań i jak sprawić, by zaczęli myśleć, tak by chłonęli to, czego ich uczymy, zamiast tylko powtarzać jak papugi. Uczyli nas uczyć. W zakresie praktycznych umiejętności życiowych był to jeden z najlepszych kursów, jakie kiedykolwiek przeszedłem.

John David Mann, Brandon Webb. Czerwony krąg. Historia snajpera Navy SEALs i trenera najskuteczniejszych strzelców amerykańskich sił zbrojnych (Kindle Locations 5894-5908). Wydawnictwo Znak. Kindle Edition.
Pewnie teraz układacie długą listę wykładowców, którzy powinni ten kurs zaliczyć.  Armia USA, uważa, że nauka rozwalania komuś łba z odległości kilkuset metrów pójdzie lepiej, jeśli instruktor nie będzie małpował szkolenia z "Full Metal Jacket". Dlaczego uczelnie szkoląc lekarzy, inżynierów czy prawników nie przykładają do tego takiej wagi? Owszem, trochę to kosztuje, ale nie aż tyle. 

A co dalej, po opuszczeniu murów uczelni i doktoracie? Debaty, wizyta w radiu, wystąpienie publiczne i gdy rozmówca nieprzychylny to klops.  Wróćmy do mundurowych. 

Aby przygotować McChrystala na konfrontację z dziennikarzami, sztabowcy zaczęli podrzucać mu pytania, które mogły paść podczas dyskusji.
...
Eksperci mają szukać problemów i bez trudu je znajdują. Objeżdżają cały kraj: Kabul, Chost, Kandahar. Oficerowie wywiadu składają im sprawozdania. Opowiadają o radzie talibskich przywódców, zwanej szura, ukrywającej się w mieście Kweta w Pakistanie. Pokazują w PowerPoincie slajdy ze zdjęciami najważniejszych talibskich liderów i z dużą pewnością siebie prezentują schemat organizacyjny siatki buntowników. Ale eksperci oczekują innych odpowiedzi. Podczas jednego ze spotkań Exum magluje składających sprawozdanie: kto kontroluje na tym obszarze dostęp do wody? Którzy z lokalnych przywódców mają największe wpływy? W jaki sposób są powiązani z buntownikami?
...
McChrystal przygotowuje się do konfrontacji z Kongresem. Pułkownik Richard Gross, adwokat McChrystala, odgrywa rolę życzliwego senatora z Południa, Mike Flynn zaś wciela się w zadającego niewygodne pytania liberała.
...

W jaki sposób uporać się ze sprawą Tillmana? Pat Tillman zginął w wyniku bratobójczego ostrzału w kwietniu 2004 roku w Afganistanie. McChrystal wiedział o tym niemal od samego początku, ale mimo to brnął w kłamstwo i podpisał fałszywą rekomendację do odznaczenia Tillmana Srebrną Gwiazdą. Pada w niej sugestia, że został on zabity przez wroga. Tydzień później McChrystal przekazał swym przełożonym notatkę, w której wyraźnie ostrzegał, że prezydent Bush nie powinien wspominać o przyczynach śmierci Tillmana. „Jeśli okoliczności śmierci kaprala Tillmana wyjdą na jaw”, pisał, może to postawić prezydenta „w kłopotliwym położeniu” 11. McChrystal, który miał olbrzymie doświadczenie ze służby w siłach specjalnych, zdołał uniknąć większości pytań o rolę, jaką odegrał w tej aferze. Armia zbadała sprawę, ale generał – choć zajmował wówczas stanowisko dowódcy – nie otrzymał żadnej reprymendy. Kiedy upubliczniono raport armii, nazwisko McChrystala zostało w nim zamazane. Nie zgodził się on również na udzielenie jakichkolwiek wyjaśnień rodzinie Pata Tillmana. Ale podczas przesłuchań w Kongresie nie będzie już mógł uchylać się od odpowiedzi. Duncan i reszta ekipy naradzają się: być może tym razem McChrystal będzie jednak musiał przeprosić."
...
Ma również przygotowaną odpowiedź na pytanie o sprawę Tillmana. „Zawiedliśmy jego rodzinę – oznajmia pięć lat po śmierci kaprala. – Przepraszam za to”

Michael Hastings. Wszyscy ludzie generała

czwartek, 12 stycznia 2017

Smog powoduje amnezję i obrazę uczuć religijnych

Dzielni prawicowi publicyści dziwią się światu (jak zawsze). 



No cóż, pamięć mają krótką, bo okładka Wprost z 21 sierpnia 1994 roku, czyli sprzed 23 lat, wyglądała tak (treść dostępna tu). Ten brak pamięci na prawicy, jest zabawny, bo okładką zainteresowała się prokuratura.  


"Po proteście przeora jasnogórskiego, zawiadomienie o przestępstwie złożyła T. Dubowska, psycholog z Warszawy, a ostatecznie wpłynęło ponad pół tysiąca podobnych zawiadomień. Prokurator po przesłuchaniu redaktora naczelnego uznał, iż skarżący nie zrozumieli intencji publikacji i sprawę umorzył. Ostatecznie sprawa trafiła do Europejskiej Komisji Praw Człowieka w Strasburgu, która w decyzji z 18 kwietnia 1997 r. uznała oczywistą bezzasadność skargi Dubowskiej i Skupa przeciwko Polsce. "  (źródło

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Cosplay Pratchetta jakiego jeszcze nie było.

"Zza barykady dobiegły podniesione głosy.

... wasze hełmy do nas należą i cala reszta odzieży,
nasi są wszyscy generałowie, przegra, kto na nas udeeerzy...
Morporkia, Morporkia, Morpooroorooorooooorrroorrr...

– Rebelianckie pieśni, sir – stwierdził żołnierz numer jeden.
Kapitan westchnął.
– Gdybyś słuchał, Hepplewhite, mógłbyś zauważyć, że to bardzo fałszywie śpiewany hymn państwowy.
– Nie możemy pozwolić buntownikom na takie śpiewy, sir!
Vimes dostrzegł minę kapitana. Wiele mówiła na temat idiotów.
– Wznoszenie flagi i śpiewanie hymnu, Hepplewhite, choć nieco podejrzane, nie są same w sobie aktem zdrady. A my jesteśmy pilnie potrzebni gdzie indziej. – Kapitan zasalutował Vimesowi, który odpowiedział tym samym. – Zostawiamy was zatem, sierżancie sztabowy. Życzę interesującego dnia. Prawdę mówiąc, wiem, że taki będzie.
– Ale to barykada, sir! – upierał się żołnierz, zerkając ponuro na Vimesa.
– To przecież tylko stos mebli, człowieku! Ludzie robili pewnie wiosenne porządki. "

Terry Pratchett "Nocna straż"
Przełożył Piotr W. Cholewa





Kto nie wierzy tu link

niedziela, 11 grudnia 2016

Żołnierzu, macie krostę na wardze.


MON w trosce o zdrowie i morale żołnierzy, wystąpiło ze wspaniałą inicjatywą. 

Korpus medyczny każdej armii prowadził takie pogadanki, drukował broszury a potem doszły filmy, wyświetlane żołnierzom w koszarach.  Niektóre z nich to arcydzieła sztuki filmowej, kręcone przez znanych reżyserów, napisane przez wybitnych scenarzystów. 

Warto je przypomnieć, aby nasza armia korzystała z najlepszych wzorców. 

Oglądać od 1 min. 42 sek. 


Men, since you are all getting a three-day
furlough before going into battle,
we would like to show you
this little hygiene play.


Goodbye. I hope you had a good time.
I did. I had a good time.

What's this sore on my lip?
I'd better see the doctor.

Doc, I have this sore on my lip.
- You have a social disease, my friend.
- Oh, my God.
If you do not treat it, you will go blind.
Or insane!

Well, men. That is the end of the play.


"Love and Death"  Woody Allen. 

czwartek, 26 maja 2016

Edukacja uliczna vs politechniczna

Jestem tak stary, że trygonometrię miałem w podstawówce, obecnie jest w liceum.  Jestem też z pokolenia, które w podstawówce strzelało z karbidu, mieszało saletrę z cukrem itp.  Obecnie jest to chyba poziom trzeciego roku chemii na politechnice.  

Może to jedyna zaleta systemu edukacji, gdzie w szkołach jest więcej godzin religii niż chemii. W takiej Japonii na przykład, to fanatycy wyprodukowali Sarin porządny gaz bojowy z IIWŚ, nam to chyba nie grozi. 

W pewnym popularnym serialu, nauczyciel chemii potrafi wyprodukować coś, może nie pożytecznego, ale dochodowego.  W Polsce w roku 2016 ten konkretny student  chemii jest zaledwie na poziomie prostego chłopaka z przedwojennego Czerniakowa. 


Na robotniczych przedmieściach Warszawy istniała tradycja strzelania z „kalichlorku”. Właściwe strzelanie zaczynało się w Wielką Sobotę wieczorem i trwało do niedzieli rana.
Strzelanie groziło śmiercią lub kalectwem, dlatego było policyjnie wzbronione i na pewien czas przed świętami nie wolno było sprzedawać materiałów wybuchowych, to jest soli chlorowej i siarki.
Był to rok 1939. Jak zwykle staliśmy wieczorem we czterech na rogu ulicy.
– No, chłopaki, święta idą – powiedziałem – czas pomyśleć o kalichlorku. Tradycję podtrzymać... Teraz jeszcze można wszędzie kupić, a już za dwa tygodnie tylko na lewo dostaniemy.
– Szkoda monety na przepłacanie – dodał Mały.
– Ile który kupuje? – zadałem konkretne pytanie. – Ja mam zamiar kupić cztery kilogramy, więc z siarką będzie pięć kilogramów.
...
W piątek wieczorem usiedliśmy do robienia bomb. Przedtem przygotowaliśmy sobie gazety i szmaty, wyproszone od matek i sąsiadek, które nie miały synów w wieku „strzelców”. Produkcja bomb trwała kilka godzin. Ja mieszałem na stolnicy materiały wybuchowe i łyżką nakładałem na kawałki gazet, które inni znów obwiązywali szmatami, i po mocnym ściągnięciu, żeby ładunek był twardy, na końcu wiązali sznurkiem.
– Wyskocz, Mały, strzel raz – powiedziałem. – Zobaczymy, jaka jest siła wybuchu.
Mały wyszedł z jednym ładunkiem i po chwili już usłyszeliśmy jego wystrzał.
– Klawo wali! – stwierdziliśmy z zadowoleniem.
...
– Podajcie mi kamień! – słychać znów głos. Po chwili usłyszeliśmy uderzenie kamienia o bruk podwórza.
– Tylko spłaszczyło – słychać głos pełen zawodu.

Równocześnie rozległ się szczęk otwieranych okien. To lokatorzy już połapali się, że w podwórzu wybuchnie pierwsza bomba, która zapoczątkuje nocne strzelanie, i otwierali okna, żeby szyby nie wypadły. Jeszcze kilka razy kamień uderzył o bruk... i wybuch oraz brzęk wybitych szyb z okien, które zaspany lokator zapomniał otworzyć. 
...
Stanisław Grzesiuk "Boso, ale w ostrogach" 

czwartek, 31 marca 2016

Jedna murzyńskość nie istnieje

Popisy językowe pana Waszczykowskiego skłaniają wyznawców PiS do powtarzania mantry "a PO (czytaj Sikorski) robiła tak samo". Nie są w stanie pojąć, że prywatne gadanie Radka przy wódce, w dodatku nielegalnie nagrane, to co innego niż wywiad ministra spraw zagranicznych w państwowej TVPiS.  Dla Departamentu Stanu nie było wypowiedzi Radka, ale wypowiedź Waszczykowskiego istnieje. A dlaczego tak jest to, mam nadzieję, literatura oświeci wyznawców "dobrej zmiany". 

* * *
 Sprawność "Batorego" we wszystkich dotychczasowych wyprawach spowodowała, że powierzono mu wypróbowanie nowej taktyki inwazyjnej.
Na "Batorym" nakazano bezwzględną ciszę. Zabroniono nie tylko palić, ale nawet myśleć o paleniu. Ogień żarzących się papierosów mógł zdradzić obecność statku na wodach otaczających wyspę, na którą miano wysadzić desant. Do wyspy należało podejść w nocy i to jak najbliżej, by ułatwić łodziom z komandosami szybkie dojście do brzegu. Rozkazy wydawano szeptem. Wyprawa ta przypominała Deyowi wycieczkę Kimicica za mury Częstochowy. Pomimo że była tylko ćwiczeniem, jej sprawność miała być oceniona przez króla, premiera i zespół sztabów, który ją opracował.
Zakotwiczenie pomiędzy wyspami Flotta i South Walls odbyło się z głuszeniem wszelkimi sposobami szczęku wychodzącego z kluzy łańcucha kotwicznego.
Uda się - czy nie?
Asystenci nawigacyjni szeptem przekazywali sobie otrzymane rozkazy i meldunki.
Wśród ciszy i zaciemnienia opadły lekko na wodę łodzie desantowe. Ruchome widma komandosów zlały się w ciemne plamy, które jak niknące cienie wsiąkały w czerń brzegów. Stojący na mostku "Batorego" kapitan i oficerowie wpatrzeni w fosforyzujące strzałki zegarów czekali na wynik akcji.
Dla wskazania miejsca postoju "Batorego" wracającym komandosom, o oznaczonej godzinie zapalono cztery pionowo umieszczone nad sobą czerwone światła. Zmiana prądu pływowego zaczęła jednak odwracać "Batorego" przeciwną burtą do lądu. Kapitan kazał więc przenieść światła rozpoznawcze dla komandosów na prawą burtę. Asystent pokładowy, porucznik Wojciech Żaczek, powtórzył szeptem otrzymany od kapitana rozkaz sternikowi. Sternik zebrał zwoje kabla umówionego sygnału i idąc przez sterówkę zawadził nimi o linę wyrzutni, która błyskawicznie odpaliła FLARĘ.
Z sykiem wzbiła się w niebo świetlna smuga i po chwili zawisło na spadochronie jasno płonące światło.
Na oświetlonej przez flarę przestrzeni znaleźli się i "Jerzy VI", i "Batory". Dey widzi to wszystko niby w jasny słoneczny dzień i szepce, jak zawsze w najtrudniejszych chwilach życia: "Raz maty rodyła". Sternik, gdyby był Japończykiem, prawdopodobnie popełniłby już ha-rakiri, ale że był Polakiem, więc zdał się na nasze "jakoś to będzie" i "trudno".
Porucznik Żaczek chętnie udusiłby sternika, że nie posłuchał jego rady, by przenieść kabel przez dach sterówki. Wysoko nad "Batorym" płonąca flara wspaniale oświetliła postacie artylerzystów gotowych na pokładzie do akcji. Kapitan nie mógł na razie przedsięwziąć nic innego niż nawigacyjne przeczekanie - do chwili wyświetlenia "jasnej" sytuacji. "Widziało mu się", że wycieczka została wykryta i cała akcja spaliła na panewce", a uczestnicy wycieczki "wybici co do nogi". Za chwilę zabłysną reflektory obrony wybrzeża i trzymać już będą stale w swych smugach światła statek i łodzie komandosów. Cały plan tej wspaniale zaimprowizowanej inwazji, w połowie świetnie wykonanej, został zniszczony. Dey licząc minuty, które pozostały do opadnięcia flary, czuł na swych barkach ciężar odpowiedzialności za losy wojny.
Wreszcie flara opadła do morza. Nastał po jej zagaśnięciu niewy-miernie długi czas wyczeikiwania, ciszy i ciemności. Nic się jednak nie działo z tego, co przewidywał kapitan. Nie zabłysły światła reflektorów i nie zawyły syreny alarmowe. Nie padł ani jeden strzał. Była czarna cisza.
Na mostku zjawił się angielski oficer łącznikowy. Na wodzie można było dostrzec cienie zbliżających się łodzi desantowych z komandosami.
Z tym oficerem angielskim łączył Deya przyjazny, a nawet serdeczny stosunek. Na temat flary nie mógł jednak teraz z nikim rozmawiać. Oficer łącznikowy zniknął w ciemności. Zza burt statku wynurzyły się kadłuby powracających na swe stanowiska łodzi. Już wszystkie są na miejscu. I znów długie minuty oczekiwania.Na mostku pojawił się ten sam oficer łącznikowy. - Wszyscy komandosi wrócili - melduje kapitanowi i jednocześnie przekazuje mu miłą nowinę: - "Batory" bardzo dobrze doszedł do wyznaczonej dla wysadzenia desantu pozycji, rekordowo szybko wysadził grupę desantową. Vinnie zadowolony.
Nawet ta wiadomość nie potrafiła wywołać u kapitana zwierzeń na temat flary.
* * * 
Po tym miłym przyjęciu, gdy się znalazł u siebie na statku, w towarzystwie tego samego angielskiego oficera, który od objęcia przez Deya dowództwa "Batorego" nie rozstawał się z nim, kapitan postanowił przerwać dotychczasowe swoje milczenie na temat flary i zapytał Anglika:
- Co myślisz o akcji pod Scapa Flow?
- Masz na myśli flarę?
- Oczywiście.
- Widzisz, rzecz tak się miała: Jego królewskiej mości sygnał taki był niepotrzebny. Dla naszego premiera - niepożądany. Artyleria obrony takiego sygnału nie przewidywała. Dowództwo Scapa Flow - również takiego sygnału nie przewidywało. Navy - w żadnym wypadku nie przewidywała takiego sygnału w podobnej sytuacji, podczas prowadzonej przez nią próbnej operacji inwazyjnej, wobec czego flary nie było.
"Krążownik spod Somosierry" Karol Olgierd Borchardt